piątek, 6 marca 2015

Rozdział 2.

Poczułam jak pewna znajoma postać pomaga mi wstać i bierze na ręce. Trzyma mocno, jak coś cennego, niczym skarb czy malutkie dzieciątko.
-Kur...! Przepraszam naprawdę. Żyjesz? Jezu krew... Coś cię boli? Nos? Głowa? Wybacz mi, naprawdę. -popatrzyłam na niego, od razu go poznałam. Ten głos, jedyny taki. Kolczyk w wardze. Włosy koloru blond, ale takie ciemne. Ułożone kilka razy. Niebieskie oczy, które patrzyły na mnie z przerażeniem. Dość szerokie usta, które najchętniej bym wycałowała. Z lekka wystające z czarnej koszulki włosy spod pachy, ledwo widoczne ale i tak. Perfumy jego ulubione i on cały doskonały, jego ręce które trzymały mnie mocno.
Ja, słaba od uderzenia i od utraconej krwi, ale widziałam go i byłam w wielkim szoku, bo widziałam go wszędzie. W telefonie, na tapecie, w galerii, na twitterze, na instagramie, na facebook'u. W pokoju na plakatach, rysunkach. I oczywiście na koncertach, na scenie, za kulisami, koło fanek czy czasami na mieście, jak uciekałam. Ale teraz jest. Jest! On! Auentycznie on! Mój przyszły chłopak, potem mąż. Pan, nie jeszcze nie pan, ale chłopak. Luke Hemmings!
- Nos - pokazałam na nos. Pff! Jak głupia. Luke jest przy mnie, a ja nic.. Równie dobrze mogłabym go poprosić o autograf czy zdjęcie, ale nie.
- Wybacz mi. Nie widziałem cię, serio! - powiedział zdenerwowany, smutny, wściekły, miły a jednocześnie tak uroczy i słodki.
- Wybaczam. Ał.
- Odwiozę cię do domu - zaniósł mnie na przednie siedzenie swojego auta. Trzymałam w ręku torbę. Ale niestety nie gitarę. Bo samochód mi ją rozjechał i ta moja jedna z cudnych została zamordowana. I nie wróci do mnie. Ale mam inne na szczęście. Zabiłabym chyba na miejscu, gdyby zniszczył jakąkolwiek inną gitarę.
- Do szpitala... Nie ma u mnie nikogo w domu - musiałam skłamać, bo inaczej zawiózłby mnie tam, a wtedy to rodzice by mnie zabili i byłoby strasznie. Najpierw prywatna klinika. Potem by na mnie nakrzyczeli, zabrali telefon, laptop, gitarę i wszystkie płyty. Więc to jest bardzo zły pomysł.
Wysiadł z auta, szybko otworzył drzwi i wyciągnął mnie. Zabrał na ręce, co prawda mogłam normalnie chodzić, ale tak byłam przejęta, że pozwoliłam mu na to. I dobrze. Po ślubie też będzie mnie tak nosić, i przed. Hah moja bujna wyobraźnia świruje. Ale co? Ja mogę marzyć, ile chcę. Nie wiem... Na przykład o niebieskim śniegu, zapasach na całe życie milky way'ów. O tak... Tyle milky way'ów! Moja miłość do nich jest nieograniczona. Co roku, od trzeciego roku życia, rodzice kupują mi całą skrzynkę tego. Ale potem jem tylko warzywa... No pech. A potem tylko same wizyty u lekarza, bo brzuch boli, jak raz zjadłam ich ze sto w tydzień, to nic potem jeść nie mogłam, tylko piłam wodę. A papierki po nich były wszędzie, więc postanowiłam zrobić z nich, z tych papierków obraz na ścianie. Haha.. Wiem, straszne! Ale to było siedem lat temu i to moje dzieło już dawno jest na strychu.
- Emily Mellark - stałam koło pielęgniarki i Luka. Zaraz miałam wejść, żeby zbadali mnie itp. Usiadłam przed gabinetem. O dziwo moja gwiazda była cały czas ze mną. Chodził zdenerwowany, patrzył cały czas na telefon. Jakby na coś czekał. Sms od kolegi... Albo aż zadzwoni jego dziewczyna. Miejmy nadzieję, że sms.
- Halo? Rose... No tak... Jutro. Dobra. Cześć. No ja też. Postaraj się na jutro. Cześć. - Popatrzyłam na niego. A jednak. Czyli chyba kogoś ma, bo ten tekst: „No ja też” i to imię „Rose”... Jezu o wiele ładniejsze od Emily, pewnie jutro mają randkę.. Nie! Nie! Nie! Niemożliwe. A jeśli oni się już długo znają? Ona jest bardzo ładna, fajna, ładnie śpiewa... A on się w niej zakochał? Mnie wtedy nie będzie chciał. Nigdy. Bądźmy dobrej myśli.
- Proszę wejść panno Mellark.
Badania potrwały dłuższą chwilę. Najpierw pytania odnośnie do wypadku. Luke odpowiadał, że to był wypadek. Potem badania. Przemyłam twarz brudną od krwi. Ściągnęłam bluzkę. I podstawowe badania. Nos okazał się lekko pęknięty. Nic wielkiego. Dostałam opatrunek. Maść, chusteczki do nosa na wszelki wypadek, jakby krew mi znowu leciała, choć nie powinna, oraz ale to już nie od lekarza tylko Luka, niebieską koszulę w kratę. Było mi trochę zimno, a on to zauważył. I miałam koszulkę poplamioną krwią, więc ją też zakryła.
- Jestem twoim dłużnikiem z powodu tego wypadku. Więc jak coś będziesz chciała, to powiedz ślicznotko - Staliśmy przy jego aucie. Trzymałam w ręku paczkę chusteczek.
- Ślicznotko? - założyłam pasemko włosów za ucho i nieznacznie się do niego uśmiechnęłam - Jest jedna sprawa...
- Tak. Jaka?
-Potrzebuję gdzieś zamieszkać na jakiś czas. Bo ucie... I tak myślę, czy mogłabym u cie... u ciebie - Poprawiłam torbę.
I się udało. Moje nadzieje nie poszły na marne, zgodził się od razu. O dziwo! Ale tylko dlatego, że u niego w domu przez tydzień nikogo nie będzie. Jego rodzice pojechali do rodziny. Mam nadzieję, że tam, gdzie będę spać, to będzie miejsce obok niego... na jego łóżku... w jego pokoju. Pod jedną kołdrą z dwoma poduszkami. Pewnie dostanę tylko pokój gościny... z kocem i poduszką. Na twardym łóżku... bez niego...
- Daj głośniej - w radio leciała ich piosenka. Jak co tydzień. 5sos mieszka w Sydney, więc dlaczego by miejskie radio nie miało by puszczać ich piosenek. A szczególnie, gdy grają tutaj tyle koncertów.
- Fanka? - nacisnął mocniej na pedał gazu.
- Największa - uśmiechnełam się. Największa fanka jego.
Patrząc na jego minę, stwierdziłam, że coś planuje. Wyciągnął ze schowka ich płytę. Chyba ze wszystkimi ich piosenkami. Włożył do radia.
-To zaczniemy od...
- She looks so perfect - powiedziałam szybko. Wpatrując się w niego.
-Simmer down, simmer down
They say we’re too young now to amount to anything else
But look around
We've worked too damn hard for this just to give it up now
If you don’t swim, you’ll drown
But don’t move, Honey...

I zaczął śpiewać po kolei każdą piosenkę, jaką chciałam. On śpiewał. Byłam wniebowzięta. Jeju...
- English love affair - zaproponowałam chyba szóstą piosenkę z rzędu. Moją ulubioną.
-...Next thing we were back at her place
A hideaway in Mayfair all the great and good there
Drinking all the way to third base
Princes getting naked falling on their faces...

Każda piosenka była perfekcyjna. A szczególnie gdy śpiewał swoje partie, które, wiadomo, wychodziły mu najlepiej.
- Dobra. Ostatnia -popatrzył na mnie. Czas na na piosenkę... Hmmm... Niech będzie..
- Disonnected...
-Life's a tangled web
Of cell phone calls and hashtag I-don't-knows
And you, you're so caught up
In all the blinking lights
And dial tones
I admit I'm a bit of a victim
In the worldwide system too
But I've found my sweet escape
When I'm alone with you

Tune out the static sound of the city
That never sleeps
Here in the moment on the dark side of the screen...


I tak przez całą drogę. No prawie. Ale każde słowo, które śpiewał, mnie oczarowało. Każda melodia, dźwięk. Nie każdy dostaje darmowy koncert Hemmo. Aż w końcu chciał się co nieco o mnie dowiedzieć. Więc powiedziałam mu, że uciekłam z domu, co lubię, jakieś takie bezsensu rzeczy. Ale o muzyce czy o moim talencie mu nie wspominałam. Sam to pewnie odkryje. A może się we mnie zakocha. O tak ja i on. On i ja. Tak coś czuję, że zapowiada się nowa piosenka o miłości. On też lubi niebieski tak bardzo jak ja. Więc... „Niebieska miłość”. Straszny tytuł... To może coś innego. Pff... Niech będzie zielone... Nie, nie. To druga część nieba. Teraz bosko. A najlepiej by było gdybym właśnie ją usłyszała bym w radiu. Tak jak piosenki 5sos czy Room 94. Och marzenia... „Każdy ma marzenia, o które dba. Oraz pragnie by kiedyś się spełniły”.


A więc rozdział 2. proszę. Mam nadzieję że się podoba. Komentujcie. Polecajcie.
A cytat na końcu jest mój. Taki o o marzeniach -Mrs. Hemmings

wtorek, 24 lutego 2015

1.Rodział

Zabrałam, co najważniejsze, kilka ubrań, cudne płyty, telefon, słuchawki, pieniądze, tusz do rzęs i gitarę. Ucieczka to jedyny sposób, żeby wyrwać się z tego wariatkowa. Wieczne bale, bankiety, rozpusta jak dla mnie za dużo. Kurcze, ile tak można? Dla nich tylko praca się liczy, pieniądze i ich status w wielkim świecie. Dla córki nie mają czasu. Nie... To znaczy mają... Kolacja, śniadanie... Czasami gdzieś wspólnie wyjdziemy...
Na kolejną wielką imprezę z okazji osiagnięcia większych obrotów przez firmę rodziców nie mam najmniejszej ochoty. Zawsze muszę wyglądać perfekcyjnie. Udawać, że ich kolejne sukcesy mnie interesują. Dobra cieszę się ich szczęściem, ale bez przesady...
Myślą, że jak dostanę kasę, dużo kasy, to będzie super. I tak kupuję tylko nowe gitary, struny do gitary, kostki do gitary czy długopisy. Po to, by zapisywać nowe piosenki. Tak właśnie. Jestem uzdolniona muzycznie, kocham śpiewać, grać na gitarze, pisać piosenki. Tak dla siebie. Oczywiście słucham wielu zespołów, chodzę na koncerty i kupuję masę płyt. Rodzice tego u mnie najbardziej nie lubią. Tej odmienności. Myślę, że mam to po dziadkach, oni też kochali muzykę. Grali w kapelach itp. Niestety nie żyją, a moja mamusia nie odziedziczyła tego po nich. Chyba tylko moja ciotka Molly. To ona jest taka właśnie inna, szalona, kreatywna jak ja. Tyle tylko, że mnieszka we Francji. Utrzymuje się z malowania, naprawdę cudnie rysuje. W pokoju na ścianie mam jej obraz. Hymm... nazwała to chyba zabawą barw. Ale nieważne. Uciekam!
Zeszłam z tarasu, bo to akurat trudne nie było. Prosto z balkonu prowadziły schody do ogrodu. Później za to trudniej. Moja trasa do wolności prowadziła koło basenu. Basen zaś był dobrze widoczny z salonu, gdzie rodzice siedzieli niemal bez przerwy.
- Pff raz się żyje! – Szłam poprzez krzaki, uważając na małe czujniki ruchu, które zamieścił mój tata po tym, jak już kiedyś uciekałam. Udało się.
Dalsza trasa wiodła przez ścieżkę kwiatową. Jedyne takie miejsce, które tam uwielbiałam. Tyle kwiatów od róży poprzez chryzantemy, tulipany, stokrotki, i na samym końcu moje ukochane niezapominajki. Przypomnijały mi dzieciństwo, gdy dawno temu razem z mamą je zrywałyśmy... Teraz już tego nie robimy... Szybko obeszłam kwiatki. Pobiegłam wzdłuż żywopłotu.
- Raz.. dwa.. trzy - trzy kroki wytraczyły. Weszłam w żywopłot, a tam czekała na mnie moja droga ucieczki. Tajne przejście zrobione specjalnie dla mnie przez naszego ogrodnika Matt'a. Starszego odemnie o jakieś trzy lata. Bardzo go lubię. Rozmawiamy często. Jest wysoki, przystojny. Bardzo fajny. A rodzice dobrze mu płacą... No więc pracuje już to dwa lata.
- Wolna! - pomachałam lekko w stronę domu - Nie szukajcie mnie, wrócę... Kiedyś... - szybko ruszyłam w stronę miasta. Wyciągnęłam słuchawki, włożyłam wtyczkę do telefonu, a końcówki słuchawek do uszu, wyciszając się i śpiewając We Might Be Dead By Tomorrow.
Chodziłam wokół parku, zdenerwowana. I świadoma tego, że pewnie za chwilę rodzice się zorientują, że uciekłam.
-Kurcze... gdzie ja pójdę? - no właśnie... wszystko niby zaplanowane, a uciekam do nikąd.. - Do Mary nie pójdę, wkurwi.. wkurzyła mnie totalnie. Wredna suk... Pozwala sobie, rządzi się i zgrywa wiecznie pokrzywdzoną przez ten, jej zdaniem, „pojebany świat”. Rodzice ją kochają, pozwalają na wszystko, uczyć się jakoś specjalnie nie musi. Zachowuje się jak gówniara, a uważa za nie wiadomo jak dorosłą... Niby taka cudna, a ubiera się jak ja... Odgapia wszystko, styl, muzykę, grę na gitarze, sposób zachowywania się. Jeju... znowu gadam do siebie.
Chodziłam tak w kółko po moim ulubionym parku, oglądając innych, pary które całują się, wygłupiają. Gadają. Robią szalone rzeczy, często uprawiają seks pod wpływem alkoholu albo prochów. A jeśli chodzi o miłość, to nie mam nikogo. Moja smutna prawda... No oczywiście zakochuję się, albo ktoś we mnie. Ale bez wzajemności. A ja głupia potem płaczę nocami.. Zdarza się w takich chwilach, że się potnę prawie do krwi... Wiem... moja psycha jest straszna, ale cudna. Robię to, bo cierpię... Jak wiele innych osób... Tylko każdy ma swój sposób na to... Ja się tnę i płaczę nocami, a ktoś zabija, wyżywa się po innych, chodzi do psychologa czy do kogoś bliskiego wyżalić się i pogadać.. A na przykład psychopaci porywają kogoś i torturują na różne sposoby. Ja osobiście wzięłabym tę osobę tzn chłopaka, który mnie zlekceważył albo sprawia, że przez niego płaczę i zaciągeła bym go gdzieś w krzaki niby że chcę się ruchać, oczywiście mając że sobą nóż, i zaczęłabym go nim ciąć po ciele, żeby czuł taki ból jak ja. A potem przywiązałabym go do drzewa i napisała na czołe: „Dupek!”... Wiem... lekko straszne, ale psychopata właśnie by tak zrobił.
Chcę natrafić na kogoś cudnego.
Hymm musi być wysoki, wyższy ode mnie, niech ma niebieskie oczy, jasne włosy, ładne ciało, może jakiś kolczyk czy tatuaż. Ooo... niech będzie zabawny. Przytula mnie, kiedy tego chcę, pociesza, kiedy jest mi źle i całuje tak bez okazji. Niech będzie poważny bardziej, niż zabawny. Słucha podobnej muzyki, śpiewa, ale nie konkretnie rap. Pop rock tylko coś pomiędzy tym. Jeśli by mógł powinien grać na czymś, obojętne na czym. Musi być miły, szczery, kochany, dobry, cudny, przystojny, niezwykły, jedyny taki na świecie, idealny...
Usiadłam na krawężniku przy bocznej uliczce. Czułam się jak jakiś pies bez domu, siedzący i proszący o przygarnięcie. Zobaczyłam z oddali nadjeżdżające, czerwone auto. Muzyka w nim grała wystarczająco głośno, żebym mogła usłyszeć ACDC, jedną z lepszych piosenek. Rocker. Piosenkę, którą uwielbiam i której ostatnio słucham godzinami. Próbuję ją nawet jakoś zatańczyć, chociaż skutki są wręcz śmieszne. Klimat piosenki jak z lat 70... cudny, uwielbiam takie piosenki. Zawsze, kiedy chciałam posłuchać jej głośniej, rodzice zabraniali, mówiąc: „Wyłącz te jęki, posłuchaj czegoś klasycznego, zagraj na pianinie.” Straszne... Dla nich liczy się tylko muzyka klasyczna, spokojna, nie zaburzająca ich spokoju i wiecznej harmonii.

Wkurzony kierowca, który wysiadając z auta gadał przez telefon, klnął jak głupi. Nie zauważył mnie i mocno otworzył drzwi, tym samym uderzając mnie prosto w twarz. Ja od razu wylądowałam w pozycji leżącej na zimnym i brudnym chodniku.

Ał! - poczułam jak nagle krew poleciała mi z nosa. Krew leciała mi na usta, brodę, potem szyję i na końcu z brody pociekła mi na biust. Złamał mi nos. A ja w ryk, choć krzyk uwiązł mi w gardle, bo ból był tak silny, że łzy same napłynęły mi do oczu i płynęły strumieniami - Oszalałe...

I o to pierwszy rozdział ;) mi się podoba. Jedna osoba czytając to się rozpłakala. I nie wierzyła że to ja napisał..hah i jeszcze pytanko. Jak myślicie kto złamał Emi nos? Piszcie z komentarzu -Mrs.Hemmings


poniedziałek, 23 lutego 2015

Postacie

Emily Mellark (Emi)

 Luke Hemmings (Hemmo)



 Arizona White (Ariz)
 Ashton Irwin (Ash)


 Molly Tomson



 Michael Clifford (Mikey)


Alexs Clifford
 















Calum Hood (Cal)












Liz Hemmings














Jack King
















No i są! Bohaterowie tego opowiadania ;) . Jest nasz cały cudny zespół. Jest pan dupek Jack hah. I Elimy. Ja. Piszcie komentarze <3 -Mrs. Hemmings

Prolog.

-Mamo oddaj! -wyciągnęłam rękę w stronę mamy, która upierała się i nadal nie chciała mi oddać mojego od kąt wróciłam z koncertu, największego skarba.
-Emily przestań krzyczeć. -zaczęła oglądać kostkę do gitary. -Hemmo, a kto to?
-Wokalista.. mamo proszę cie oddaj -zrobiłam proszące oczy z nadzieją że odda
-Przestań to na mnie nie działa. Idź do siebie przebierz w coś normalnego i przyjdź na dół.
-Alee mam..
-Nie ma ale, Jack przyjdzie przyjdzie więc chociaż dla niego się jakoś ubierz -schowała kostkę do kieszeni od spodni.
Poszłam wkurzona do pokoju. Bez kostki, zła, i jeszcze zmuszona się przebrać w coś dla niej normalnego. Czyli sukienka i szpilki. Jak zawsze na kolacje. I jeszcze ten dupek przyjdzie. Przecież ja tam zwariuje.
Jack.. taki sam jak oni. Nasze rodziny się kolegują, pracują razem i niestety jesteśmy na siebie skazani. Niby on jest taki idealny i ja mam z nim być. Bo to „dobra partia dla mnie” i będzie „kimś wielkim, jak jego rodzice”. A prawda jest taka że ja mu się podobam, ale oni mi nie. Po za ładną buźką i niezłym ciałem.. to nic w nim takiego niezwykłego nie ma. Podrywanie mu nie wychodzi, jest chwilami już chamski. Ale tylko jak rodzice nie patrzą. A tak to dobrze wychowany, dobry, mądry. Wcale nie dla mnie.
Weszłam do garderoby, zabrałam granatową sukienkę, dość krótką bo do połowy ud. Dół był zrobiony z tiulu a reszta ładnie dopasowana do tali. Góra z nie dużym biustem. Szybko się pomalowałam. Nie szczególnie bo nałożyłam trochę pudru, malinowa szminka, i ciemno szary tusz.
-I jak dało się ładnie ubrać.. -mama nalewała wody do szklanek przed kolacją. Ustawiła na szklanej tacy i dała na stół.
-Tak.. -zobaczyłam Jack'a wychodzącego z łazienki. Ubrany był z garniak, widać było że drogi.. i do tego czarna muszka. Dobra wyglądał świetnie ale nie to się liczy.
-Witaj kochanie -poczułam jak jego zimne jak lód ręce oplatają mnie w dłuż bioder. I jego usta całujące mnie w policzek.
-Cześć.. -chwyciłam go za nadgarstki i odciągnęłam od siebie. Udając że jestem wielce zachwycona tym że go widzę pocałowałam go lekko w usta.
Kolacja się przedłużała. Przez połowę kolacji rodzice i Jack rozmawiali o firmie i o tym jak to super będzie jak się pobierzemy i będziemy już tak do końca razem. A przez drugie pół kłóciłam się z nimi lub tym kretynem. Z rodzicami o koncert na który poszłam bez pozwolenia, i karą było zabranie mi kostki którą złapałam. A z tym.. o to że nie chcę z nim iść na przyjęcie do jakiegoś jego kolegi. I jeszcze co chwila obrywał ode mnie w twarz lub rękę.. pozwalał sobie dotykać mnie gdzieniegdzie i zdejmować mi bieliznę. Tak żeby nikt nie widział. A nawet jakby widzieli to nic..

-Dobranoc, nie bój się odzyskam twoją kostkę. Ale to chwile potrwa. -ucałowałam plakat Luke'a Hemmings'a. Położyłam się zmęczona do łóżka, zawinęłam w pierzynę i poszłam spać.

O to małe wprowadzenie. Nie wiem czy za krótkie czy nie.
Komentujcie. Polecajcie. A po poprawkach będzie 1. Rozdział ;)
-Mrs.Hemmings